Polski rząd „antyimigracyjny” przyjmuje jedną z największych fal imigrantów w Europie, ale nie chce tego przyznać

Rzad-chce-wiecej-imigrantow-w-Polsce.-Rozwiaza-wazny-problem

fot. East News/Kamil Krukiewicz/REPORTER

Polski rząd pragnie czerpać korzyści ekonomiczne z imigracji, jednocześnie przekonywając swoich sprzymierzeńców, że jest jej przeciwnikiem. Biorąc pod uwagę rekordowe liczby obcokrajowców przyjeżdżających do Polski, ta próba pogodzenia sprzecznych interesów przypomina balansowanie na linie, z której akrobata prędzej, czy później spadnie na łeb na szyję – przekonuje Daniel Tilles. (Ten artykuł został przetłumaczony z oryginału w języku angielskim przez Sarę Wacławik.)

W 2016 roku krajem Unii, który wydał najwięcej pierwszych dokumentów pobytowych obywatelom spoza UE było Zjednoczone Królestwo. Podczas gdy ta informacja nie jest specjalnie kuriozalna, państwo na drugim miejscu jest z pewnością dla wielu osób zaskoczeniem. Krajem tym jest mianowicie Polska, która wydała 586 000 pozwoleń, czyli jedną piątą wszystkich pozwoleń wydanych w UE,  znacznie przewyższając liczbę pozwoleń wydanych w Niemczech (505 000), które uplasowały się na trzecim miejscu.

Dane z roku 2017 nie są jeszcze dostępne, ale niewykluczone, że liczba ta w Polsce jeszcze wzrosła. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanych w zeszłym miesiącu wynika, że w 2017 roku Polska wydała niemal dwa razy więcej zezwoleń na pracę niż rok wcześniej, oraz cztery razy więcej niż w 2015 roku.

Większość nowoprzybyłych to Ukraińcy, którym w zeszłym roku wydano 82% zezwoleń na pracę. Masowy napływ mieszkańców Ukrainy do Polski na przestrzeni ostatnich trzech lat, to największa i najszybsza fala emigracji z jednego Europejskiego państwa do drugiego współczesnych czasów. Trudno znaleźć dokładne dane, ale szacuje się, że do Polski przyjechało pomiędzy milionem a dwoma milionami Ukraińców. (Dla porównania: w pierwszych trzech latach po przystąpieniu Polski do UE w 2004 roku, populacja Polaków w Wielkiej Brytanii wzrosła o 300 000). Język polski zabarwiony ukraińskim akcentem słychać wszędzie. Wrocław, czwarte co do wielkości miasto Polski podało w zeszłym roku, że Ukraińcy stanowią tam 10% ludności.

W przeciwieństwie do wielu innych krajów zachodnich, gdzie duże fale imigrantów spotykały się z niechęcią rodowitych mieszkańców, napływ Ukraińców nie wzbudził zbyt dużej wrogości Polaków, którzy doceniają ich bezproblemową integrację i wkład w gospodarkę. Skrajnie prawicowe ugrupowania próbują sporadycznie organizować akcje protestacyjne przeciwko imigrantom z Ukrainy, lecz nie odnosząc większego sukcesu, przy frekwencji rzadko przekraczającej kilkadziesiąt osób.

Oprócz zwiększającej się populacji Ukraińców, rośnie też liczba imigrantów z odleglejszych zakątków świata. Pochodzący z Południowej Azji wszechobecni dostawcy Uber Eats coraz częściej pedałują ulicami Warszawy (i grywają w krykieta w parkach). Stale rosnące sieci międzynarodowych firm, które zakładają w Polsce swoje zaplecza biurowe, również zatrudnia wielu obcokrajowców.

W 2017 roku wydano łącznie 13 000 zezwoleń na pracę dla osób pochodzących z Nepalu, Indii i Bangladeszu, czyli ponad cztery razy więcej niż rok wcześniej. W zeszłym miesiącu podano, że Polska ambasada w New Delhi nie radzi sobie z przetwarzaniem wniosków o wizy pracownicze, napływających z tych trzech krajów – zaległości sięgają 25 tysięcy wniosków, głównie od osób, które otrzymały już ofertę pracy w Polsce.

Polityka proimigracyjna pod antyimigracyjną przykrywką

Fakt, że ta niespotykanie duża i różnorodna jak na polskie realia fala imigrantów pojawiła się podczas kadencji rządu, który regularnie nazywany jest (także przez samego siebie) rządem antyimigracyjnym jest w tym wszystkim najbardziej zaskakujący. Określenie to wywodzi się reakcji partii rządzącej, Prawo i Sprawiedliwość, na kryzys imigracyjny z 2015 roku. Jako ówczesna opozycja partii rządzącej, stanowczo sprzeciwiła się ona przyjęciu uchodźców słowami prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który ostrzegał, że imigranci będą próbować „narzucać się” na Polskę „w sposób bardzo gwałtowny i agresywny”, przyciągając ze sobą „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki”. Postawa PiSu stała w opozycji do stanowiska rządu PO-PSL, który zgodził się z planem relokacji uchodźców zaproponowanym przez UE, co przyczyniło się do ich powrotu do władzy poprzedniej jesieni.

Od tamtego czasu PiS głośno i stanowczo sprzeciwia się planowi relokacji uchodźców, nie godząc się na przyjęcie ani jednej osoby z przydziału Polski, co doprowadziło do tego, że Komisja Europejska weszła na drogę sądową.  Partia wielokrotnie krytykowała „krwawe żniwo multikulturalizmu”, poprawność polityczną i inne „choroby społeczne Zachodu”, które, zdaniem partii, wynikają z przyjmowania imigrantów do Europy Zachodniej. Media publiczne, które stały się rzecznikiem partii rządzącej, potwierdzają ten przekaz, emitując antyimigracyjne historie grozy (często oparte na nieprawdziwych faktach), podczas gdy osobiste wycieczki PiSu poszły nawet o krok dalej, stygmatyzując imigrantów w ogóle, a Muzułmanów w szczególności.

Jednakże mimo podtrzymywania tego stanowiska na potrzeby szerszej publiczności, wysocy rangą członkowie rządu wysyłają ciche sygnały, że nie tylko nie przeszkadza im zjawisko imigracji na dużą skalę, ale wręcz je popierają. Dwa lata temu Mateusz Morawiecki, piastujący wówczas stanowisko ministra finansów, na forum ekonomicznym w Krynicy powiedział małej, elitarnej grupie odbiorców, że Polska musi podjąć „zdecydowane działania” przeciwko zmniejszającej się liczbie pracowników i w związku z tym „spróbuje wystosować przyjacielskie zaproszenie do kilkuset tysięcy ukraińskich pracowników”.

W tym roku, już jako premier, Morawicki ponownie podkreślił, że Polska potrzebuje imigrantów do wypełnienia luk na rynku pracy. Z tym poglądem zgadza się także jego minister infrastruktury i rozwoju, Jerzy Kwieciński, który zaznaczył, że „nasza gospodarka potrzebuje coraz więcej pracowników spoza Polski”. Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii, przyznaje, że rząd jest „gotów, by otworzyć granice”.

Słowom tym towarzyszą dodatkowo konkretne działania. Rząd przygotowuje nową „ politykę migracyjną”, która ułatwi obywatelom spoza UE osiedlenie się i podjęcie pracy w Polsce. W jej ramach poszerzona ma zostać lista krajów z uprzywilejowanym dostępem do rynku pracy w Polsce – do obecnych sześciu byłych państw sowieckich dołączyć mają kraje Południowej Azji, takie jak Wietnam czy Filipiny.

Trwają już negocjacje z filipińskim rządem, w wyniku których powstać ma konkretna umowa umożliwiająca migrację do Polski. W ubiegłym roku, podczas wizyty w Bangladeszu, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Elżbieta Rafalska, powiedziała swoim gospodarzom, że Polska chętnie przyjmie więcej bangladeskich pracowników. Obie strony zgodziły się wspólnymi siłami utworzyć komitet, który ma pomóc to zadanie zrealizować. Następnego dnia w jednej z bangladeskich gazet pojawił się nagłówek: „Polska chętna do przyjęcia imigrantów”.

Imigracja: jesteśmy za, a nawet przeciw

Kwestia proimigracyjnej polityki jest stawiana przez ministrów jasno. Polska boryka się z jednym z najniższych na świecie wskaźników urodzeń, starzejącym się społeczeństwem oraz dużą liczbą obywateli pracujących za granicą. W połączeniu z dynamicznie rozwijającą się gospodarką, doprowadziło to do rekordowo niskiego poziomu bezrobocia, rosnących pensji i problemów dla pracodawców przy poszukiwaniu pracowników. W efekcie, grupy przedsiębiorców wywierają nacisk na rząd, aby wpuścił do kraju więcej imigrantów.

Jednakże te imperatywy gospodarcze coraz mocniej kolidują z publiczną niechęcią partii wobec imigrantów. Wygląda na to, że frakcja partii związana z biznesem (w tym premier Morawiecki, który zajmował się niegdyś bankowością międzynarodową) zostaje wystawiona do walki z bardziej nacjonalistycznymi postaciami w rządzie – zarówno wewnątrz partii, jak i w oczach potencjalnych wyborców. To napięcie w strukturach Prawa i Sprawiedliwości nie uzewnętrzniało się w pierwszych latach po objęciu władzy, ale wraz z coraz bardziej widoczną obecnością imigrantów oraz zbliżającą się serią ważnych wyborów, wypływa coraz bardziej na wierzch.

Skrajna prawica również odegrała istotną rolę w nagłaśnianiu sprawy. Krzysztof Bosak, wiceprezes Ruchu Narodowego, posiadający liczną rzeszę obserwatorów w mediach społecznościowych, wykorzystuje ją do stawiania pytań o imigrację. W maju tego roku wywołał narodową debatę, komentując fakt, że większość dostawców jedzenia w Warszawie to obywatele Indii – twierdząc, że najwyższa pora zastanowić się, czy Polska na pewno chce iść dalej ścieżką wielokulturowości.

W sierpniu kolejna działaczka Ruchu Narodowego tweetowała na żywo ze spotkania Klubu Jagiellońskiego, na którym wiceminister inwestycji i rozwoju, Paweł Chorąży, przybliżył plan rządu by ułatwić większy napływ imigrantów ze wschodu, w tym z takich krajów jak Wietnam czy Indie: „Polska musi szeroko otworzyć się na imigrantów, nawet jeśli nie chce, ponieważ potęga krajów, które osiągnęły sukces zbudowana jest na imigrantach”. Dodał też, że sprowadzanie imigrantów z Azji jest tańsze niż repatriacja rodowitych Polaków z byłych krajów sowieckich, choć podkreślił, że to drugie pozostaje kwestią priorytetową.

Jak widać, słowa Chorążego – choć bardziej jawne i entuzjastyczne – w istocie niewiele różnią się od tego, co głoszą starsi rangą ministrowie. Przyciągnęły jednak znacznie większą uwagę – zostały wykorzystane do podsycenia emocji w mediach społecznościowych przez wściekłych nacjonalistów.

Najwyraźniej wyprowadziło to rząd z równowagi, zwłaszcza w obliczu zbliżających się wyborów samorządowych. Szef kampanii Prawa i Sprawiedliwości powiedział, że może „zagwarantować, że nie ma i nie będzie żadnego programu rządowego dotyczącego masowego przyjęcia imigrantów. Bezpieczeństwo Polaków jest najważniejsze”. Podobnie dementował to nie raz na swoim Twitterze minister spraw wewnętrznych, Joachim Brudziński.

Następnie ogłoszono, że Chorąży został zdymisjonowany, a przedstawiciel rządu oświadczył, że „komentarze ministra na temat imigracji były skrajnie sprzeczne z działaniami rządu”.  Z anonimowego źródła pochodzącego z kancelarii premiera wynika, że Morawiecki „był wściekły” na Chorążego i że „w rządzie nie może być osoby z poglądami tak diametralnie różniącymi od rządowych”, gdyż rząd „jasno opowiada się za polityką antyimigracyjną”.

Zdarzenie to wyraźnie pokazuje niewygodną sytuację, w jakiej znalazł się polski rząd, jednocześnie próbując przekonać swój elektorat (i może nawet samych siebie), że jest przeciwko imigracji oraz akceptując ekonomiczne argumenty za imigracją i wpuszczając do kraju rekordowe liczby imigrantów. Podejście to jest całkowicie sprzeczne z logiką, odbijając się echem słynnych słów Lecha Wałęsy, z czasów, gdy był prezydentem: „Jestem za, a nawet przeciw”.

Niezbędna rozmowa

PiS w idealnym świecie rozwiązałby ten dylemat prosto: w krótszej perspektywie jest to zachęcenie polskich emigrantów z Zachodu i rdzennych Polaków ze Wschodu do powrotu, zaś w dłuższej – zwiększenie przyrostu urodzeń. Jednakże całkowite osiągnięcie tych celów zdaje się być poza zasięgiem rządu – niektórzy polscy emigranci wrócili, jednak nie były to znaczące liczby; nowy program wsparcia dla rodziców trochę poprawił przyrost urodzeń, acz zupełnie niewystarczająco.

Niezbędna więc – nie tylko dla samego rządu, ale także dla społeczeństwa ogólnie rzecz biorąc – wydaje się rozmowa o tym, czy, jak i do jakiego stopnia zachęcić imigrantów do wypełnienie luk w rynku pracy. Póki co wygląda to niepokojąco. Rząd próbuje stosować metodę sytego wilka i owcy całej – po cichu pozwalać na masową imigrację, zaś publicznie twierdzić, że jest jej przeciwny. Nie zda to egzaminu na dłuższą metę. Prędzej czy później opinia publiczna nie wytrzyma napięcia i wybuchnie, czując, że istotne zmiany w społeczeństwie zaszły bez jej przyzwolenia.

Potencjalną rozmowę utrudnia dodatkowo fakt, że przez ksenofobiczne wypowiedzi w związku z kryzysem imigracyjnym, w tym wypowiedzi samego PiS, sprawiły, że „imigranci” i „imigracja” kojarzą się obecnie wyłącznie negatywnie, bez względu na jej różne formy. I tak, mimo że wrogość wymierzona była w azylantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, a nie imigrantów jako takich (jak pokazało pokojowe przyjęcie Ukraińców), sama idea imigracji jest teraz skażona do tego stopnia, że trudno o niej konstruktywnie rozmawiać.

Zamieszanie jest wyraźnie widoczny choćby na podstawie anonimowego źródła z kancelarii premiera, cytowanego powyżej, który za dowód antyimigracyjnej polityki rządu podaje jego niezgodę na przyjęcie „planu relokacji uchodźców” podobnego do programu uchodźców w UE. Nie ma to jednak nic wspólnego z dobrowolną migracją ekonomiczną z Azji, o której mówił Chorąży. Kolejny przykład to wypowiedzi rządu, który w kontekście opozycji do imigracji przywołuje argument bezpieczeństwa Polski, mimo faktu iż ukraińscy, filipińscy, indyjscy czy wietnamscy pracownicy nie stanowią żadnego zagrożenia.

Doświadczenia krajów Zachodu wskazują, jakie problemy mogą wyniknąć z unikania publicznej dyskusji na temat imigracji. Ku przestrodze warto zwłaszcza wziąć pod uwagę Zjednoczone Królestwo. Kiedy Partia Pracy objęła władzę w 1997 roku, zaobserwowano natychmiastowy, ogromy wzrost liczby imigrantów, mimo że nie było o tym mowy ani w kampanii wyborczej, ani później. (Partia próbowała wręcz stłumić dyskusję, wiedząc, że może to doprowadzić do alienacji wyborców z białej klasy pracującej).

Efektem tego było objęcie władzy przez Partię Konserwatywną w 2010 roku, która obiecała wszem i wobec zmniejszenie rocznej liczby imigrantów poniżej 100 000. Nie tylko nie udało się osiągnąć tego zamierzenia, ale doszło wręcz do wzrostu liczby imigrantów – w 2015 roku osiągnęła ona swój szczyt.

W efekcie w Wielkiej Brytanii utrwaliła się postawa antyimigracyjna oraz brak zaufania do polityków. Odegrało to znaczącą rolę w głosowaniu w sprawie Brexitu, przyczyniło się też do tego, że duża część elektoratu dwóch głównych partii zwróciła się ku prawicowej populistycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która w 2014 i 2015 roku otrzymała rekordową liczbę głosów w wyborach Europejskich i parlamentarnych.

Nie wygląda jednak na to, aby PiS na błędach innych uczył się jak tworzyć politykę imigracyjną, która zyska aprobatę społeczeństwa. Wydaje się, że partia liczy raczej na dalsze czerpanie korzyści ekonomicznych z imigracji, nie podejmując publicznej debaty na ten temat. Póki co uchodziło to partii na sucho. Jednak zmieniające się okoliczności – czyli spadek koniunktury lub też na przykład coraz bardziej widoczne zróżnicowanie społeczeństwa – mogą naruszyć tę ledwo utrzymywaną równowagę . To z kolei może mieć groźniejsze konsekwencje – rosnące wsparcie skrajnie prawicowych ugrupowań i gwałtowną niechęć wobec imigrantów. Aby tego uniknąć, w interesie rządu leży otwarta dyskusja na temat tego, jakiej polityki migracyjnej potrzebuje kraj i umożliwienie obywatelom wyrażenia ich poglądów na temat tego, jakiej polityki życzyliby sobie oni sami.

Tłumaczenie: Sara Wacławik                   Korekta: Eva Hussain

Rzad-chce-wiecej-imigrantow-w-Polsce.-Rozwiaza-wazny-problem

Advertisements

One comment

  1. Pingback: Poland’s ‘anti-immigration’ government is overseeing one of Europe’s biggest waves of immigration – but doesn’t want to admit it | Notes from Poland

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s